Reportaż Jankowice

Bronisław i Franciszek Zającowie przybyli do Jankowic w roku 1946

Najnowszy rozdział polskich dziejów naszego powiatu miał swój początek 68 lat temu, gdy po wojennej zawierusze dotarli tu pierwsi osadnicy. Władze PRL nazywały ich repatriantami, chociaż ci ludzie całe dotychczasowe życie spędzili na terenach wschodnich. Stamtąd musieli wyjeżdżać do miejsc, których nie znali. Ich wspomnienia są bardzo ważnym źródłem informacji o naszym regionie. Należy przypominać losy pierwszych mieszkańców powiatu po wojnie, również dlatego, że z roku na rok jest ich coraz mniej

Jankowice Wieś pełna historii.

Jankowice to mała wieś przy trasie Wrocław – Oława. Nie wyróżnia się niczym szczególnym. Jednak, gdy poznamy historię ludzi i różnych jej miejsc, wszystko nabiera zupełnie innego wyrazu. Inicjatorem spotkań z mieszkańcami jest sołtys Grzegorz Kotulla. Mieszka w tej wsi od kilku lat, bardzo interesuje się jej historią i robi wiele, aby ją poznać.

Dzieje miejscowości

Pierwsze wzmianki o Jankowicach sięgają końca XIII wieku. Rozrastała się przez stulecia, a jej mieszkańcy mówili w różnych językach. Jungwitz, bo taką nazwę nosiła ta wieś przed drugą wojną światową, była prawie samowystarczalna. Mieściły się tu ubojnia, młyn, piekarnia, kuźnia oraz dwie szkoły – katolicka i ewangelicka. Oprócz młyna w centrum, był jeszcze jeden, drewniany, za drogą, łączącą Oławę z Wrocławiem, nad rzeką Oławą. Po wojnie stopniowo popadał w ruinę, więc go rozebrano. W 1939 roku było tu 119 gospodarstw i 449 mieszkańców, ewangelików i katolików.

Pierwsi Polacy

Jedną z pierwszych powojennych mieszkanek Jankowic jest Teresa Borsuk, z domu Kempińska, urodzona w 1929 roku. Przed wojną mieszkała w Kulczycach Szlacheckich, dziś to Ukraina. Ojciec Teresy zmarł kilka miesięcy po jej przyjściu na świat. W czasie wojny dochodziło do różnych zdarzeń, ale najgorzej było w 1945 roku. Pewnej majowej nocy w jednym z domów wybuchł pożar. W tym czasie, w obawie przed banderowcami, sąsiedzi pełnili warty. Okazało się, że banda ukraińska zaatakowała dom, w którym  mieszkała z mężem siostra Teresy. Do środka wrzucono granat. On zginął na miejscu, siostra przeżyła z poważnymi oparzeniami. Kilka dni później większość ludzi postanowiła uciekać. – Udaliśmy się z rodziną do Sambora – opowiada Teresa. – Tam przebywaliśmy około miesiąca. Później pociągiem dotarliśmy niedaleko Katowic, a stamtąd mieliśmy dojechać do Zielonej Góry. Jednak w podwrocławskim Brochowie Rosjanie zatrzymali nasz transport i kazali wysiadać. Wysłano dwie grupy w poszukiwaniu miejsca na osiedlenie. Jedna ruszyła do Świętej Katarzyny, druga do Jankowic. Ostatecznie zamieszkaliśmy tutaj, chociaż wstępnie udaliśmy się do Świętej Katarzyny. Nawet zdążyłam posprzątać dom, w którym mieliśmy się osiedlić. Kiedy dotarliśmy do Jankowic, w lipcu 1945, nikogo tutaj nie było. Domy stały pootwierane, można było wybrać dowolne gospodarstwo. My wprowadziliśmy się do budynku piekarni, w centrum wsi. Niedługo potem wrócili Niemcy, którzy w czasie, gdy przechodził tu front, ukryli się w pobliżu. Wspólnie z nami zamieszkały dwie kobiety z dwójką dzieci. Pewnego dnia, gdy nas nie było w domu, jedną z tych kobiet zgwałcił rosyjski żołnierz. Niedługo potem niemiecka rodzina wyjechała i już nigdy więcej ich nie spotkaliśmy.

Teresa Borsuk wspomina, jak mieszkańcy sprzedawali mleko i jego przetwory w okolicach placu Grunwaldzkiego we Wrocławiu: – Wozili je tam w dwudziestolitrowych bańkach oraz w wiklinowych koszach. Na początku nie jeździły pociągi. Gdy zaczął kursować pierwszy skład, liczący trzy wagony, to ludzie wisieli na stopniach, bo brakowało miejsca. Mieszkańcy wychodzili z Jankowic o północy, docierali na miejsce około 6.00 rano.

 

Pierwsi Polacy

Jedną z pierwszych powojennych mieszkanek Jankowic jest Teresa Borsuk, z domu Kempińska, urodzona w 1929 roku. Przed wojną mieszkała w Kulczycach Szlacheckich, dziś to Ukraina. Ojciec Teresy zmarł kilka miesięcy po jej przyjściu na świat. W czasie wojny dochodziło do różnych zdarzeń, ale najgorzej było w 1945 roku. Pewnej majowej nocy w jednym z domów wybuchł pożar. W tym czasie, w obawie przed banderowcami, sąsiedzi pełnili warty. Okazało się, że banda ukraińska zaatakowała dom, w którym  mieszkała z mężem siostra Teresy. Do środka wrzucono granat. On zginął na miejscu, siostra przeżyła z poważnymi oparzeniami. Kilka dni później większość ludzi postanowiła uciekać. – Udaliśmy się z rodziną do Sambora – opowiada Teresa. – Tam przebywaliśmy około miesiąca. Później pociągiem dotarliśmy niedaleko Katowic, a stamtąd mieliśmy dojechać do Zielonej Góry. Jednak w podwrocławskim Brochowie Rosjanie zatrzymali nasz transport i kazali wysiadać. Wysłano dwie grupy w poszukiwaniu miejsca na osiedlenie. Jedna ruszyła do Świętej Katarzyny, druga do Jankowic. Ostatecznie zamieszkaliśmy tutaj, chociaż wstępnie udaliśmy się do Świętej Katarzyny. Nawet zdążyłam posprzątać dom, w którym mieliśmy się osiedlić. Kiedy dotarliśmy do Jankowic, w lipcu 1945, nikogo tutaj nie było. Domy stały pootwierane, można było wybrać dowolne gospodarstwo. My wprowadziliśmy się do budynku piekarni, w centrum wsi. Niedługo potem wrócili Niemcy, którzy w czasie, gdy przechodził tu front, ukryli się w pobliżu. Wspólnie z nami zamieszkały dwie kobiety z dwójką dzieci. Pewnego dnia, gdy nas nie było w domu, jedną z tych kobiet zgwałcił rosyjski żołnierz. Niedługo potem niemiecka rodzina wyjechała i już nigdy więcej ich nie spotkaliśmy.

Teresa Borsuk wspomina, jak mieszkańcy sprzedawali mleko i jego przetwory w okolicach placu Grunwaldzkiego we Wrocławiu: – Wozili je tam w dwudziestolitrowych bańkach oraz w wiklinowych koszach. Na początku nie jeździły pociągi. Gdy zaczął kursować pierwszy skład, liczący trzy wagony, to ludzie wisieli na stopniach, bo brakowało miejsca. Mieszkańcy wychodzili z Jankowic o północy, docierali na miejsce około 6.00 rano.

Niedobrzy sąsiedzi

Inne wspomnienia ma osiemdziesięcioletnia Maria Starzomska, z domu Nakonieczna. W czasie wojny jej ojciec służył w wojsku. Ona mieszkała wspólnie z matką i trzema braćmi w Białoskórce, w województwie tarnopolskim. Ostatnie miesiące na tamtym terenie wspomina jako czas bezustannej obawy o życie przed banderowcami. Gdy rodzina musiała wyjechać, zabrali tylko najpotrzebniejsze rzeczy,  a najcenniejszym dobytkiem były dwie krowy.- Do wagonów wsiedliśmy 15 sierpnia 1945, na Matki Boskiej Zielnej, a nasza podróż zakończyła się w Brochowie, pod koniec września – wspomina Maria. – Tam odnalazł nas ojciec i trafiliśmy do Jankowic. Tym samym transportem z Białoskórki jechało jeszcze dziesięć innych rodzin. My zamieszkaliśmy w domu numer 48, wspólnie z niemiecką rodziną. Oni zajmowali jeden pokój, a my drugi. Jednak nasi współlokatorzy byli bardzo nieprzyjemni. Utrudniali nam życie, jak mogli. Nie rozumieli, że my też nie byliśmy zadowoleni ze wspólnego mieszkania. Czasem blokowali drzwi, żebyśmy nie mogli wejść na strych, innym razem zniszczyli młocarnię, żebyśmy jej nie używali. Niegrzecznie też się do nas odnosili. Wtedy jeszcze prawie w każdym gospodarstwie byli Niemcy. Niektórzy przyzwoici, ale nam trafili się tacy wredni. Pamiętam, że ich nazwisko brzmiało „Warcho”, córka gospodarza nazywała się Lota, a żona Klaudia. Później, musieli wyjechać i już więcej się nie pojawili.

Według jednej z pierwszych mieszkanek, wieś nieco się zmieniła. W miejscu, gdzie jest teraz nowo wybudowany plac zabaw, stał zniszczony dom. Było też kilka innych ruin, które później rozebrano. W pobliżu przystanku autobusowego, przy głównej drodze Oława – Wrocław, stały jeszcze w latach pięćdziesiątych ruiny gospody. Kilka lat temu odnaleziono w pobliżu niewypały granatów oraz fragmenty ręcznych wyrzutni. Podobne pozostałości znajdowano też w samej wsi.

Mieszkańcy Jankowic, którzy osiedlili się tu w 1945 roku, pamiętają dwa wraki czołgów, które tam stały. Jeden na początku wsi, obok gospodarstwa, a drugi niedaleko linii kolejowej. Maria pamięta, że w centrum wsi były dwa świeże groby, przy remizie i w ogrodzie niedaleko jednego domu. Później, już po wojnie, ekshumowano szczątki. Jednak to nie jedyne groby. Kilka lat temu, w czasie kopania fundamentów pod nowy dom, odkryto szkielet rosyjskiego żołnierza.

– Przed wyjazdem z Białoskórki myśleliśmy, że niedługo tam wrócimy, że nasza wyprowadzka potrwa najwyżej kilka tygodni – mówi Maria. – Ja nigdy nie odwiedziłam rodzinnych stron. Jankowice stały się naszym domem. Nadal mieszkam w tym samym budynku, do którego trafiłam w 1945 roku, wspólnie z rodzicami. Tylko numer się zmienił o jeden, bo obok wybudowano nowy dom.

Bracia z Sambora

W nieco innym miejscu zamieszkali Bronisław i Franciszek Zającowie. Zajęli dom na początku wsi. Bracia przybyli tu z ojcem i matką, z Sambora województwo lwowskie.

– Życie w naszej rodzinnej miejscowości stawało się nieznośne – mówi  Bronisław, urodzony w 1927 roku. – Wiedziałem, że trzeba stamtąd uciekać, chociaż rodzice na początku byli niechętni. Dopiero, gdy ja sam zgłosiłem się do wyjazdu, to ojciec podjął decyzję, że trzeba się przeprowadzić. Nie było innego wyjścia.

Najpierw transportem, wraz z 15 innymi rodzinami, trafili do Sulęcina, niedaleko Zielonej Góry. Tam mieszkali blisko rok. Później przeprowadzili się do Świętej Katarzyny, a stamtąd, 14 kwietnia 1946, do Jankowic.Większość gospodarstw była już zajęta przez Polaków. Rodzina Zająców wiedziała, że tutaj jest wielu ich znajomych z Sambora  – Jak już trafiliśmy do wsi, to nie było w niej Niemców – opowiada Franciszek. – Z naszego rodzinnego miasta pochodzi połowa obecnych mieszkańców Jankowic. Gdy tu trafiliśmy, nie było już dużego wyboru gospodarstwa. Nasz dom stał pusty, splądrowany. Pamiętam, że w pobliżu prawie każda stodoła była spalona, a za płotem stał zniszczony czołg. Po wojnie wiele razy odwiedzali nas pierwotni właściciele tego domu. Od nich wiemy, że wielu przedwojennych mieszkańców Jankowic pracowało na kolei, w pobliskim Brochowie. Bardzo zaprzyjaźniliśmy się z tymi Niemcami. My również byliśmy u nich jako goście. Obecnie przyjeżdżają ich potomkowie, ale rzadziej. Oni nie znają dobrze tych okolic, tu się nie wychowali.

Franciszek Zając był czterokrotnie sołtysem, w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Raz pełnił też funkcję radnego gminy.

Postać Chrystusa ze śladami po kulach

Niemal na końcu wioski widać krzyż i małą kapliczkę. Do 1956 roku w tym miejscu znajdował się tylko krzyż, wzniesiony przez przedwojennych mieszkańców Jankowic. Postać Chrystusa była wycięta z blachy, a w niektórych miejscach miała ślady po kulach. Kilku mieszkańców wsi postanowiło odrestaurować krzyż i wybudować obok kapliczkę. Głównymi budowniczymi byli niespokrewnieni ze sobą, ale noszący to samo nazwisko – Jan i Józef Zającowie oraz Tymoteusz     Macyszyn. Wstawiono do kapliczki obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Wykonano nową rzeźbę, a w 1957 roku wszystko poświęcił proboszcz z Marcinkowic.

Maria Zając, urodzona w 1927 roku, doskonale pamięta, jak ważne dla mieszkańców było odremontowanie tego krzyża. Od maja 1946 mieszka w domu naprzeciw kapliczki. Chata, którą zajęła jej rodzina, była bardzo uboga, dziś już tego nie ma. Rodzina Marii postawiła nowy dom w latach siedemdziesiątych. Od Niemców, którzy odwiedzali mieszkańców, wie, że wcześniej mieszkał tu grabarz.

Do dziś ludzie z Jankowic dbają o swój mały ołtarzyk. Cztery lata temu zawaliła się część kapliczki, ale mieszkańcy szybko ją odremontowali. W zeszłym roku zebrano ponad 1800 kilogramów złomu, dzięki temu jeden z mieszkańców wykonał płot i zadaszenie. Obecnie kapliczką opiekują się młodzi mieszkańcy, wnuki jej budowniczych.

Inne ważne miejsce jest kilkaset metrów poza Jankowicami. To pozostałości starego krzyża pokutnego. Do naszych czasów nie zachowały się ramiona. Jego wysokość wynosi ponad dwa metry. To drugi pod względem wielkości taki obiekt na Dolnym Śląsku.

Kolejny historyczny kamień, to obelisk upamiętniający ofiary pierwszej wojny światowej. Do 2011 roku leżał zaniedbany. Obecnie stoi w miejscu pierwotnej lokalizacji, przy niedawno wybudowanym placu zabaw.

Druga fala repatriacji

Józef Biegus urodził się w 1949 roku, w Biskowicach, powiat Sambor. Od wielu lat interesuje się historią Jankowic. Jest skarbnicą wiedzy, a opowieściami potrafi zainteresować każdego. W swoim życiu pełnił wiele funkcji społecznych, m.in. był radnym Rady Gminy oraz dwie kadencje sołtysem. Jednak Jankowice stały się jego domem dopiero pod koniec lat pięćdziesiątych.

– W naszej rodzinnej wsi z około tysiąca rodzin tylko osiemdziesiąt było ukraińskich – mówi Biegus. – Wioskę ogradzała rzeka, dlatego mieszkańcy nie musieli się bardzo obawiać banderowców. Ojciec walczył na wojnie, odznaczono go za udział w walkach o Kołobrzeg i Berlin. W 1945 roku część rodziny matki wyjechała do Jankowic. Moi najbliżsi zostali w Biskowicach. Dopiero w 1956, w tak zwanej drugiej fali repatriacji, skorzystaliśmy z ich zaproszenia. Było nas w sumie 7 osób: matka, ojciec, cztery siostry i ja. Po różnych perypetiach ostatecznie trafiliśmy do Jankowic, 13 lutego 1957.

Póki nie zrobiło się ciepło, Biegusowie mieszkali u rodziny. Dopiero w lecie zajęli jeden z niewielu pustostanów. Józef mieszka tam do dziś. Dom zajmują obecnie dwie rodziny, a wyróżnia się tym, że w narożniku jest okrągła, wieża przywołująca skojarzenia z zamkiem. To jedyny taki budynek we wsi. Biegus próbował dociec, skąd taka budowla.

– Słyszałem dwie różne teorie na ten temat – mówi. – Od Józefy Lubczyńskiej, która w czasie wojny była na przymusowych robotach w Jankowicach, a potem tu zamieszkała, wiem, że nasz dom zajmowała bardzo bogata rodzina. Okoliczne gospodarstwa również należały do nich. Podobno właściciel wchodził na wieżę i doglądał, jak jego ludzie pracują. Inna wersja mówi o tym, że w domu mieszkał jakiś mówca, może pastor lub ksiądz. Wchodził na wieżę i przemawiał do zgromadzonego tłumu. Czy któraś z tych historii jest prawdziwa – tego nie wiadomo.

Tekst i fot.: Piotr Turek redakcja@gazeta.olawa.pl

Źródło: www.gazeta.olawa.pl